muzyka.
- Nie możesz się zawsze przede mną ukrywać. Loki, synu Odyna!
Thor powoli, ostrożnie przechodził przez Valhallę, wyłożoną złotem salę biesiadną w Asgardzie, krainie rodu Azów. Pięknie zdobione kolumny, podłoga, a zwłaszcza tron jego ojca, Odyna, były pokryte złotem najwyższej próby. Każda wizyta Thora w tej sali kończyła się jego zachwytem nad przepychem, surowością i powagą tego miejsca. Ale nie tym razem.
Tym razem syn Wszechojca uważnie rozglądał się na boki. Wypatrywał swojego brata, mistrza iluzji.
- Doskonale wiesz, że nie jestem synem Odyna, Thorze. - cichy, głęboki, pełen rezerwy i tajemnicy głos rozległ się... znikąd. Loki, jak nikt inny, potrafił zmącić cudzy umysł.
- Loki... wyjdź. - Thor przeklął się w myślach, że pozwolił swojemu głosowi złamać się przy prośbie. Nigdy się nie nauczy, że przy jego bracie nie okazuje się uczuć.
- I nigdy się nie chowam. Ja atakuję z zaskoczenia.
Wysoka, dumna postać Lokiego pojawiła się przed Thorem. I za nim. I po obu jego stronach. Był wszędzie.
- Nie igraj ze mną, bracie! - głos blondyna zabrzmiał nieco bardziej rozpaczliwie niż sobie życzył. Żałował, że w ogóle przyszedł prosić o coś mistrza oszustwa.
- Czego chcesz ode mnie tym razem? Gdy poprosiłeś mnie o coś ostatnim razem, nieomal zginąłem.
- Ale nie zginąłeś.
- Bo wtrąciłeś mnie do lochu.
- Bo mnie zdradziłeś!
- Nie zdradziłem cię, Thorze. Uratowałem cię, gdy chciałeś rozpętać wojnę z Jötunnheimem.
Thor po raz kolejny uzmysłowił sobie, że został zgrabnie wymanewrowany przez Lokiego. Jak zwykle. Stracił wątek. Przeczesał dużą dłonią półdługie blond loki, patrząc na mężczyznę, z którym dorastał w Asgardzie. Loki. Thor kochał go i nienawidził zarazem. Było w jego bracie coś takiego, co fascynowało, przyciągało i obrzydzało. Ale to była jedyna osoba, która mogłaby mu teraz pomóc, której potrzebował. Loki chyba wyczuł, że pora zakończyć przekomarzanie się i wrócił do jedynej, oryginalnej postaci wysokiego, bladego, przystojnego bruneta. Wpatrywał się przenikliwie zielonymi oczami w o wiele potężniejszą sylwetkę Thora Odinsona.
- Mów.
------------------------------------------------------------------------------
To przecież szaleństwo!
- Zgodziłeś się wziąć w tym udział, Loki. - Thor nie odwrócił się do mężczyzny podążającego za nim. Szybkim krokiem przemierzał Bifrost, tęczowy most dzielący Asgard od Ziemi.
- Oczywiście, że tak. W szaleństwie jestem mistrzem. Lecz nie sądziłem, że ty jesteś zdolny do tego rodzaju niepoczytalności.
Gdy Thor nic nie odpowiedział, Loki zacisnął wargi, patrząc pod nogi. Nagle jego twarz wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu.
- Nie jedziemy konno, bo Odyn nic nie wie. I idziemy sami, gdyż twoi przyjaciele mogliby zostać skazani na wygnanie. W końcu ile razy król może przymknąć oko na niesubordynację swoich podwładnych, nawet jeżeli są przyjaciółmi jego pierworodnego syna?
- Przedstawiłem ci wszystkie warunki tej wyprawy.
Loki się zatrzymał. Jego ciało emanowało wściekłością.
- Zapomniałeś mi powiedzieć, że cenisz mnie tak nisko, że jest ci wszystko jedno, czy Odyn mnie wtrąci do lochu, wygna czy zabije. Ty będziesz szczęśliwy, bo znów pokażesz światu, jaki to z ciebie jest chojrak i czasem przy wieczerzy lub narodzinach pierworodnego przypomnisz sobie, komu to zawdzięczasz. Nie mam racji? - dodał po chwili ciszy.
Thor pokręcił głową, zrezygnowany. Obejrzał się przez ramię na majaczące się w oddali połączenie z Ziemią. W jego spojrzeniu było mnóstwo tęsknoty, która dotknęła nawet Lokiego. Brunet szybko zapanował jednak nad swoją twarzą, tak jak nad resztą ciała. Był mistrzem manipulacji - tak dobrym, że potrafił zmanipulować nawet siebie samego. Klasnął w dłonie i rozciągnął wąskie wargi w uśmiechu.
- Więc lećmy. Uwielbiam być potępiony.
----------------------------------------------------------------------------
Ziemia się zatrzęsła, ale w New Mexico nie wybuchła panika. Mieszkańcy małego miasteczka w południowym stanie wiedzieli, co to oznacza. Most między ich rodzimą Ziemią, a Asgardem został utworzony. Niebo głęboko na pustyni zasnuło się ciemnymi, kłębiącymi się chmurami, poderwał się wiatr, pioruny przecinały się wzajemnie, jakby się ścigały, która mocniej i szybciej dotknie ziemi. W końcu jedna z nich odnalazła drogę i uderzyła z hukiem w twardą glebę. Następne poleciały jej torem. Utworzył się elektryczny wir, namacalny jak drewno i nierzeczywisty jak wiara. Miejscowa ludność obserwowała to, przerwawszy trwające czynności. Gdy wszystko ucichło, spojrzeli na siebie porozumiewawczo i wrócili do swoich prac. Nie uśmiechali się, ta wizyta nie miała nic wspólnego z radością.
Daleko na północ od miasteczka dwóch mężczyzn rozpoczęło marsz. Nie pasowali do tego świata. Pierwszy z nich, wysoki, barczysty blondyn o niebieskich oczach szedł z zaciętą miną. Jego półdługie, falowane włosy powiewały na wietrze, zarost okalał pełne usta i policzki. W dużej dłoni dzierżył potężny młot, ubrany był w dopasowaną zbroję i czerwoną pelerynę przymocowaną metalowymi, płaskimi kołami do zbroi na ramionach. Jego towarzysz był równie wysoki, ale szczupły, choć widocznie umięśniony. Na jego młodej, przystojnej twarzy malowały się spryt i inteligencja, w idealnie zielonych oczach migały iskierki dowcipu, który rozumiał tylko on. Czarne włosy przeczesał niedbale do tyłu. Zamiast zbroi, mężczyzna miał na sobie skórzaną tunikę, doskonale opinającą jego klatkę piersiową, rozszerzającą się niżej w powiewający materiał, przypominający skrzydła kruka. Wyraźnie zarysowanego podbródka sięgał czarno-zielony kołnierz.
- Hej, Thor, tym razem przynajmniej nikt cię nie potrącił, co? - zawołał Loki, w aluzji do pierwszej, niezaplanowanej wizyty Thora w Midgardzie, świecie ludzi. Mężczyzna jednak nic nie odpowiedział. Upłynęło wiele czasu, lecz maleńki ślad w jego sercu nadal pozostał. Właśnie dlatego tu przybyli.
Siedemdziesięciokilometrowy marsz upłynął im zaskakująco szybko. Loki co jakiś czas rzucał jakiś ironiczny komentarz, bardziej z nudów niż z potrzeby serca. Od dawna nie byli dobrymi kompanami do rozmowy. Choć Loki nigdy by tego nie przyznał, zachodził w głowę, dlaczego Thor tak bardzo go od siebie odsunął, mimo iż nadal nie został królem Asgardu. Być może przez fakt, że to Loki mu to po części uniemożliwił... Nagle blondyn przystanął. Dotarli do miasteczka.
Dokładnie po drugiej stronie głównej ulicy stał dwupiętrowy zajazd. Gdyby ktoś się z niego teraz wytoczył, wziąłby tych dwóch za pewną oznakę, tego że czas zakończyć biesiadę i wrócić do domu. Przybysze stali przez chwilę, rozglądając się - blondyn z nostalgią, brunet ze znudzeniem.
- Mówiłem ci już, że Jane miała tu kiedyś małe laboratorium ze swoimi wynalazkami?
- Mówiłeś, idziemy. - Loki przewrócił oczami i pociągnął brata na prawo. W końcu, nadal przyciągając spojrzenia, dotarli nad niewielki cmentarz. Kilku mężczyzn ściągnęło na ich widok kapelusze i przyłożyło je do piersi. Loki wypchnął językiem policzek z irytacją, przewracając oczami, ale Thor nie zwrócił na nich uwagi. Wpatrywał się z tęsknotą w jeden z nagrobków, nadal pokryty świeżymi kwiatami. Miejscowi pamiętali, by uczcić pamięć astrofizyk Jane Foster, miłości Thora Odinsona.
Nie zginęła śmiercią tragiczną, nie zginęła w imię nauki. Umarła jako stara kobieta, autorka teorii o dziewięciu światach, której nie odkryłaby bez kontaktu z nordyckimi bogami, którzy właśnie przybyli, by uczcić rocznicę jej śmierci. Thor minął bramę i, niczym we śnie, skierował się w kierunku białej płyty. Był już blisko, wyciągał dużą dłoń, by dotknąć marmuru, gdy rozbłysło niebieskie światło i jego oczom ukazał się zagniewany Odyn. Jedyne co zobaczył Thor, to Lokiego, spuszczającego poddańczo wzrok przed majestatem króla.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz