niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 1

         .muzyka.
            Jak śmieliście przekroczyć granice Asgardu bez mej wiedzy?! - mocny, rozgniewany głos Odyna wybrzmiał w sali niczym wystrzał z armaty. Jego oblicze było zaczerwienione, nabrzmiałe, pełne złości. Niemalże nie panował nad sobą. Loki mimowolnie przypomniał sobie wydarzenie sprzed lat, gdy Odyn skazał Thora na wygnanie. Wtedy był tylko zaniepokojony. Teraz naprawdę się bał. Nawet tak zręczny kłamca jak Loki miał problem z wymyśleniem dobrego wytłumaczenia na ich lekkomyślność. Skarcił w duchu sam siebie. Jak mógł być tak głupi i zgodzić się na tę wyprawę?
- Jak śmieliście powrócić na Ziemię bez zgody Heimdalla?!
- Ojcze... - zaczął Thor, lecz został uciszony machnięciem ręki.
- Zamilcz. Nie masz już prawa tytułować mnie "ojcem". Żaden z was!
     Loki wiedział, że jedyne, co może teraz zrobić, to przybrać pełną skruchy postawę. Spuścił wzrok i lekko pochylił głowę do przodu. Lecz Thor nie był tak roztropny.
- Ojcze, proszę, zrozum, my... - nie zdążył dodać nic więcej, gdy Odyn niezwykle szybkim krokiem pokonał kilka stopni, które dzieliły go od obu synów i wyciągnął rękę w kierunku Thora. Loki zadziałał niemalże instynktownie, wysuwając się przed brata i przyjmując na siebie pierwszy cios. Następny nie nastąpił. Czarownik doskonale wiedział, że Thor pogrążył ich obu.
- WY? Wy dwaj zuchwali lordowie, bogowie Asgardu! - roześmiał się, a Lokiemu niemiły dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa. To był śmiech szaleńca, nie mądrego króla. - Żaden z was nie zasługuje na boskie ich przywileje. Mam zrozumieć wasze nieposłuszeństwo? Waszą butę? Że przez lata wychowywałem zdrajców, uważając ich za swoich synów? Nie należy wam się nic poza hańbą!
            Obaj młodzi mężczyźni z niedowierzaniem patrzyli na Wszechojca. Loki nadal stał przed Thorem, choć już z opuszczonymi rękoma i czerwonym, piekącym śladem na bladym policzku. Jego zielone spojrzenie było pełne potępienia i spokoju, które jeszcze bardziej rozjuszyły Odyna.
- Nie zasługujecie na tytuły lordów i bogów Asgardu! Nie zasługujecie na wszelkie przywileje i przyjemności, które z tego płynęły! Nie zasługujecie na swoją moc! Nie zasługujecie! Chcieliście zejść do Midgardu? Bratać się z ludźmi? Niech i tak będzie! Będziecie żyć między nimi, słabi, nieświadomi, żałośni jak oni. Bez boskich łask, bez przywilejów, bez tytułów. Jak plebs.
          Loki drgnął. Nie, to nie może dziać się ponownie, nie może!
- Nie! Nie, Ojcze! - Thor nie przyjmował do świadomości takiego rozwoju wydarzeń. Loki nadal był w szoku, choć złość jeszcze do niego nie dotarła. Tak skołowany był ostatnio gdy się dowiedział, że nie ma prawa pretendować do tronu.
- Nie macie prawa przekroczyć powtórnie bram Asgardu. Nie macie prawa posługiwać się swoją mocą. Wynoście się z mojego królestwa! Zatrzymajcie swoje bezużyteczne zabawki. Są już nic nie warte, bez mego błogosławieństwa - wskazał na młot Thora i włócznię Lokiego. Jego twarz nie była już czerwona. Była nijaka. Z jego oczu zniknęły wszystkie emocje i uczucia, jego twarz nie wyrażała  niczego. Nagle wydał się bardzo zmęczony i o wiele starszy.
- Nie znaczą nic poza hańbą i żalem. Nie jesteście już moimi synami. Jesteście nikim. Obaj. Ja, Odyn Wszechojciec, skazuję ciebie, Loki Laufeysonie i ciebie, Thorze, na wygnanie z królestwa Asgard.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------                                                 muzyka.
         Ukrop otaczał ciasno ciała mężczyzn, gdy powoli rozglądali się po okolicy, mrużąc oczy od słońca. Gorąc wpełzał im pod koszulki, zatykał usta, utrudniał oddychanie. Warunki panujące tutaj były całkiem różne od chłodnego klimatu Asgardu. Elektryczny wir, który wyrwał bogów z objęć królestwa, wyrzucił ich pośrodku jakiejś pustyni, pośrodku niczego. Rozglądali się wokoło. Wzrok Lokiego przykuła drewniana tablica: "Witamy w Anaheim, w stanie Kalifornia!". Jego przystojną twarz wykrzywił grymas obrzydzenia. Co za ironia. Trafili do miasta założonego przez Germanów. Był pewien, że Odyn niczego nie pozostawia przypadkowi, nawet w skrajnym zaślepieniu wściekłością.
- Nienawidzę cię. - przerwał ciszę, przeczesując szczupłymi palcami swoje niedługie loki i zaczesując je do tyłu. Czuł, jak wściekłość powoli wypełnia jego duszę, rozlewa się po ciele, ogarnia umysł. Thor z fascynacją patrzył jak pozorna maska opanowania jego brata opada. Bał się tego, ale uwielbiał oglądać Lokiego ogarniętego furią. Jednak, ku jego rozpaczy, usta Lokiego rozciągnęły się w uśmiechu, a on sam odwrócił się do ogromnej postaci.
- Przykro mi, ale tym razem nie zobaczysz żadnego przedstawienia, Thorze.
         Blondyn ukrył pełną rozczarowania minę, zadając pytanie.
- To co robimy?
          Loki zmrużył oczy jak kot.
- A tobie wyczerpały się już wszystkie doskonałe pomysły, osiłku?
- Tylko zapytałem...
- Więc teraz idziemy. - zadecydował Loki.
- Znowu marsz? - jęknął Thor.
- Poległeś w tej sprawie, to teraz słuchaj mądrzejszych od siebie i przyjmuj ich dobre rady jako dar od serca.
- Ty nie masz serca, Loki.
- Oh, każdy ma. Dlatego ludzie są tacy słabi. No, oprócz mnie. Ja jestem zrodzony z Ognia, więc jestem trochę mądrzejszy od was wszystkich.
- Tylko nie mów, że wierzysz w tę całą mitologię...
- Wiara to twoja i Odyna domena. Ja sieję Chaos. Możemy już ruszać, czy będziesz jeszcze trochę narzekał? - postąpił kilka kroków wprzód, nie czekając na odpowiedź. Szliby w kompletnej ciszy, gdyby nie pełne oburzenia utyskiwania Thora. Brunet je jednak ignorował, będąc pogrążonym we własnych rozmyślaniach.
            Odyn Wszechojciec wygnał ich z Asgardu. Skazał ich na hańbę, a tak naprawdę, skazał na hańbę Lokiego. Od dawna chciał się go pozbyć z Asgardu, a jego udział w wyprawie Thora tylko dał mu pretekst. Przy pierwszej lepszej okazji ułaskawi swojego rodzonego syna, bo ktoś przecież musi przejąć asgardzki tron. Wyprawa Thora. Brunet zerknął na towarzysza, nadal klnącego pod nosem na warunki pogodowe. A co, jeśli ta ekspedycja była ukartowana? Jeżeli był to podstęp, a on, Loki, mistrz kłamstwa, sam dał się na to nabrać? Uśmiechnął się kpiąco sam do siebie, bo gdyby dał się ponieść złości, którą odczuwał, obaj by zginęli.
            Nagle zorientował się, że Thor za nim nie idzie. Obejrzał się przez ramię i rozłożył ręce.
- A ty na co czekasz? Na czerwony dywan?
              Thor nic nie odpowiedział, więc Loki pokręcił głową i podszedł do niego.
- Żeby poruszać się do przodu, musisz jedną nogę podnieść, przesunąć w powietrzu do przodu i postawić jakieś 40 centymetrów dalej. I potem zrobić to samo z drugą. Nigdy równocześnie. A żeby nie wyglądać przy tym jak małpa, możesz rytmicznie i naprzemiennie poruszać przy tym rękoma. Ogarniasz?
- Ktoś na nas patrzy, Loki. - Thor próbował mówić szeptem, ale jego donośny głos uniemożliwiał jakąkolwiek konspirację. Jego niebieskie oczy z niepokojem wpatrywały się w coś, lub kogoś, ponad ramieniem Lokiego.
- Kto miałby na nas patrzeć na tym pustkowiu, Odinsonie?
- Nie wiem, dlatego mówię to tobie. Podobno to ty jesteś mózgiem sytuacji.
        Loki odwrócił się z powrotem w kierunku marszu. Jakieś siedemset metrów od nich stała postać. Była niewysoka, przygarbiona. Na tyle, na ile mógł orzec Loki, postać była siwa, brodata.
- Więc pozwól, że ja to załatwię.
       Gdy starzec - bo Loki zakładał, że to starzec - dostrzegł, że obaj mężczyźni są nim zainteresowani, wykonał przywołujący gest. Thor od razu ruszył w jego kierunku, ale brat go powstrzymał ruchem dłoni.
- Stój. Nie wiadomo, czy to wróg czy też przyjaciel.
- Nawet jeśli wróg, to na pewno twój. Ja umiem pojednać ku sobie ludzi.
- No to dlaczego przed chwilą cykorzyłeś, że się na nas gapił?
- Nie cykorzyłem! Sprawdzałem twoją czujność.
- Zamilcz już. - Loki gorączkowo myślał. Czy Odyn zesłał na nich pierwszą próbę? Sprawdza miłosierdzie Lokiego czy szlachetność Thora? Żaden z nich nie posiadał tych cech.
      Starzec zbliżył się do nich, teraz dzieliło ich już tylko 300 metrów, a ten wciąż się nie zatrzymywał. Może Loki poradziłby sobie w walce wręcz, uchodził przecież w królestwie za nader zwinnego mistrza sztuk walki. Ale Thor? Czy nie poniesie go wściekłość za odebranie mu młota? Brunet postanowił poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Pozwolił postaci zbliżyć się do nich. Utwierdził się przy tym w przekonaniu, że ich przeciwnik jest starym, zgarbionym brodaczem o twarzy pooranej zmarszczkami i z szerokim, dobrotliwym uśmiechem. Ubrany był w mnisią szatę koloru khaki. Thor opuścił rękę brata.
- Przestań, to na pewno nie jest wróg!
- Panicz Loki jak zwykle nieufny - odezwał się mężczyzna. Miał głęboki, pełen mądrości głos. - Za to panicz Thor posiada w sobie pokłady zaufania, po umiłowanej lady Frigg.
- Widzisz, Loki? Zna nas! - ucieszył się Thor.
- Ale ja nie znam jego. Chętnie się dowiem, kto wypowiada me imię.
- Mimir, do usług. - skłonił się mężczyzna.
      Gdy tylko blondyn usłyszał asgardzkie imię, wyszedł przed Lokiego i wyciągnął dużą dłoń.
- Mów mi, proszę Thor.
       Loki zacisnął wargi. Miał ochotę szarpnąć bratem, zatrzymać go. Jak można być tak głupim, tak lekkomyślnym? Co za tępy osiłek.
- Panicz Loki ma rację. W tym świecie trzeba być ostrożnym i nieufnym, zwłaszcza teraz, gdy utraciliście łaskę króla.
- Miły wstęp w postaci pochlebstw zawsze działa tylko na tych, którzy tak naprawdę mają niskie poczucie własnej wartości. Lub są półgłówkami. - odparł Loki.
- Ja tam lubię pochlebstwa. - uśmiechnął się Thor. Loki tylko uniósł brew w odpowiedzi i zwrócił się ponownie do Mimira.
- Skoro wiesz, że utraciliśmy, jak to mówisz, łaskę Odyna, powinieneś też wiedzieć, że już nie przysługują nam tytuły lordów. Mów więc, co przed nami ukrywasz?
      Mimir wyglądał teraz na szczerze zmartwionego.
- Umiłowana lady Frigg posłała mnie za wami. Abym wskazał wam drogę w Midgardzie.
- Wskazał drogę w Midgardzie - powtórzył Thor, jakby z namysłem. - Pokaż nam więc, w którym kierunku mamy iść.
      Loki przewrócił oczami i ciężko westchnął.
- Ja już nawet nie mam siły cię obrażać, Thorze.
     Mimir wykazał się jednak o wiele większą cierpliwością.
- Pozwólcie zatem, lordowie, że wszystko wam przedstawię.

niedziela, 13 grudnia 2015

Prolog.

             muzyka.
- Nie możesz się zawsze przede mną ukrywać. Loki, synu Odyna!
           Thor powoli, ostrożnie przechodził przez Valhallę, wyłożoną złotem salę biesiadną w Asgardzie, krainie rodu Azów. Pięknie zdobione kolumny, podłoga, a zwłaszcza tron jego ojca, Odyna, były pokryte złotem najwyższej próby. Każda wizyta Thora w tej sali kończyła się jego zachwytem nad przepychem, surowością i powagą tego miejsca. Ale nie tym razem.
         Tym razem syn Wszechojca uważnie rozglądał się na boki. Wypatrywał swojego brata, mistrza iluzji.
- Doskonale wiesz, że nie jestem synem Odyna, Thorze. - cichy, głęboki, pełen rezerwy i tajemnicy głos rozległ się... znikąd. Loki, jak nikt inny, potrafił zmącić cudzy umysł.
- Loki... wyjdź. - Thor przeklął się w myślach, że pozwolił swojemu głosowi złamać się przy prośbie. Nigdy się nie nauczy, że przy jego bracie nie okazuje się uczuć.
- I nigdy się nie chowam. Ja atakuję z zaskoczenia.
           Wysoka, dumna postać Lokiego pojawiła się przed Thorem. I za nim. I po obu jego stronach. Był wszędzie.
- Nie igraj ze mną, bracie! - głos blondyna zabrzmiał nieco bardziej rozpaczliwie niż sobie życzył. Żałował, że w ogóle przyszedł prosić o coś mistrza oszustwa.
- Czego chcesz ode mnie tym razem? Gdy poprosiłeś mnie o coś ostatnim razem, nieomal zginąłem.
- Ale nie zginąłeś.
- Bo wtrąciłeś mnie do lochu.
- Bo mnie zdradziłeś!
- Nie zdradziłem cię, Thorze. Uratowałem cię, gdy chciałeś rozpętać wojnę z Jötunnheimem.
            Thor po raz kolejny uzmysłowił sobie, że został zgrabnie wymanewrowany przez Lokiego. Jak zwykle. Stracił wątek. Przeczesał dużą dłonią półdługie blond loki, patrząc na mężczyznę, z którym dorastał w Asgardzie. Loki. Thor kochał go i nienawidził zarazem. Było w jego bracie coś takiego, co fascynowało, przyciągało i obrzydzało. Ale to była jedyna osoba, która mogłaby mu teraz pomóc, której potrzebował. Loki chyba wyczuł, że pora zakończyć przekomarzanie się i wrócił do jedynej, oryginalnej postaci wysokiego, bladego, przystojnego bruneta. Wpatrywał się przenikliwie zielonymi oczami w o wiele potężniejszą sylwetkę Thora Odinsona.
- Mów.
------------------------------------------------------------------------------
          To przecież szaleństwo!
- Zgodziłeś się wziąć w tym udział, Loki. - Thor nie odwrócił się do mężczyzny podążającego za nim. Szybkim krokiem przemierzał Bifrost, tęczowy most dzielący Asgard od Ziemi.
- Oczywiście, że tak. W szaleństwie jestem mistrzem. Lecz nie sądziłem, że ty jesteś zdolny do tego rodzaju niepoczytalności.
      Gdy Thor nic nie odpowiedział, Loki zacisnął wargi, patrząc pod nogi. Nagle jego twarz wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu.
- Nie jedziemy konno, bo Odyn nic nie wie. I idziemy sami, gdyż twoi przyjaciele mogliby zostać skazani na wygnanie. W końcu ile razy król może przymknąć oko na niesubordynację swoich podwładnych, nawet jeżeli są przyjaciółmi jego pierworodnego syna?
- Przedstawiłem ci wszystkie warunki tej wyprawy.
        Loki się zatrzymał. Jego ciało emanowało wściekłością.
- Zapomniałeś mi powiedzieć, że cenisz mnie tak nisko, że jest ci wszystko jedno, czy Odyn mnie wtrąci do lochu, wygna czy zabije. Ty będziesz szczęśliwy, bo znów pokażesz światu, jaki to z ciebie jest chojrak i czasem przy wieczerzy lub narodzinach pierworodnego przypomnisz sobie, komu to zawdzięczasz. Nie mam racji? - dodał po chwili ciszy.
      Thor pokręcił głową, zrezygnowany. Obejrzał się przez ramię na majaczące się w oddali połączenie z Ziemią. W jego spojrzeniu było mnóstwo tęsknoty, która dotknęła nawet Lokiego. Brunet szybko zapanował jednak nad swoją twarzą, tak jak nad resztą ciała. Był mistrzem manipulacji - tak dobrym, że potrafił zmanipulować nawet siebie samego. Klasnął w dłonie i rozciągnął wąskie wargi w uśmiechu.
- Więc lećmy. Uwielbiam być potępiony.
----------------------------------------------------------------------------
  Ziemia się zatrzęsła, ale w New Mexico nie wybuchła panika. Mieszkańcy małego miasteczka w południowym stanie wiedzieli, co to oznacza. Most między ich rodzimą Ziemią, a Asgardem został utworzony. Niebo głęboko na pustyni zasnuło się ciemnymi, kłębiącymi się chmurami, poderwał się wiatr, pioruny przecinały się wzajemnie, jakby się ścigały, która mocniej i szybciej dotknie ziemi. W końcu jedna z nich odnalazła drogę i uderzyła z hukiem w twardą glebę. Następne poleciały jej torem. Utworzył się elektryczny wir, namacalny jak drewno i nierzeczywisty jak wiara. Miejscowa ludność obserwowała to, przerwawszy trwające czynności. Gdy wszystko ucichło, spojrzeli na siebie porozumiewawczo i wrócili do swoich prac. Nie uśmiechali się, ta wizyta nie miała nic wspólnego z radością.
      Daleko na północ od miasteczka dwóch mężczyzn rozpoczęło marsz. Nie pasowali do tego świata. Pierwszy z nich, wysoki, barczysty blondyn o niebieskich oczach szedł z zaciętą miną. Jego półdługie, falowane włosy powiewały na wietrze, zarost okalał pełne usta i policzki. W dużej dłoni dzierżył potężny młot, ubrany był w dopasowaną zbroję i czerwoną pelerynę przymocowaną metalowymi, płaskimi kołami do zbroi na ramionach. Jego towarzysz był równie wysoki, ale szczupły, choć widocznie umięśniony. Na jego młodej, przystojnej twarzy malowały się spryt i inteligencja, w idealnie zielonych oczach migały iskierki dowcipu, który rozumiał tylko on. Czarne włosy przeczesał niedbale do tyłu. Zamiast zbroi, mężczyzna miał na sobie skórzaną tunikę, doskonale opinającą jego klatkę piersiową, rozszerzającą się niżej w powiewający materiał, przypominający skrzydła kruka. Wyraźnie zarysowanego podbródka sięgał czarno-zielony kołnierz.
- Hej, Thor, tym razem przynajmniej nikt cię nie potrącił, co? - zawołał Loki, w aluzji do pierwszej, niezaplanowanej wizyty Thora w Midgardzie, świecie ludzi. Mężczyzna jednak nic nie odpowiedział. Upłynęło wiele czasu, lecz maleńki ślad w jego sercu nadal pozostał. Właśnie dlatego tu przybyli.
           Siedemdziesięciokilometrowy marsz upłynął im zaskakująco szybko. Loki co jakiś czas rzucał jakiś ironiczny komentarz, bardziej z nudów niż z potrzeby serca. Od dawna nie byli dobrymi kompanami do rozmowy. Choć Loki nigdy by tego nie przyznał, zachodził w głowę, dlaczego Thor tak bardzo go od siebie odsunął, mimo iż nadal nie został królem Asgardu. Być może przez fakt, że to Loki mu to po części uniemożliwił... Nagle blondyn przystanął. Dotarli do miasteczka.
           Dokładnie po drugiej stronie głównej ulicy stał dwupiętrowy zajazd. Gdyby ktoś się z niego teraz wytoczył, wziąłby tych dwóch za pewną oznakę, tego że czas zakończyć biesiadę i wrócić do domu. Przybysze stali przez chwilę, rozglądając się - blondyn z nostalgią, brunet ze znudzeniem.
- Mówiłem ci już, że Jane miała tu kiedyś małe laboratorium ze swoimi wynalazkami?
- Mówiłeś, idziemy. - Loki przewrócił oczami i pociągnął brata na prawo. W końcu, nadal przyciągając spojrzenia, dotarli nad niewielki cmentarz. Kilku mężczyzn ściągnęło na ich widok kapelusze i przyłożyło je do piersi. Loki wypchnął językiem policzek z irytacją, przewracając oczami, ale Thor nie zwrócił na nich uwagi. Wpatrywał się z tęsknotą w jeden z nagrobków, nadal pokryty świeżymi kwiatami. Miejscowi pamiętali, by uczcić pamięć astrofizyk Jane Foster, miłości Thora Odinsona.
           Nie zginęła śmiercią tragiczną, nie zginęła w imię nauki. Umarła jako stara kobieta, autorka teorii o dziewięciu światach, której nie odkryłaby bez kontaktu z nordyckimi bogami, którzy właśnie przybyli, by uczcić rocznicę jej śmierci. Thor minął bramę i, niczym we śnie, skierował się w kierunku białej płyty. Był już blisko, wyciągał dużą dłoń, by dotknąć marmuru, gdy rozbłysło niebieskie światło i jego oczom ukazał się zagniewany Odyn. Jedyne co zobaczył Thor, to Lokiego, spuszczającego poddańczo wzrok przed majestatem króla.

Bohaterowie

      Loki, bóg oszustwa, ognia, iluzji i manipulacji. Czarownik.
Przebiegły, ironiczny, ponad przeciętnie inteligentny, charyzmatyczny, kurtuazyjny, bez zahamowań.

Thor, bóg burzy i piorunów, rolnictwa i sił witalnych. Wojownik.
Dumny, wyniosły, przekonany o własnej wartości, hardy, lekkomyślny, uparty.

 Nanna, bogini urody, prawdy i sztuki. Artystka.
Urokliwa, szczera, pewna siebie, empatyczna.